
This book was created and published on StoryJumper™
©2010 StoryJumper, Inc. All rights reserved.
Publish your own children's book:
www.storyjumper.com



-Tato! - krzyknąłem na widok mężczyzny w czarnym garniturze z czerwonym
krawatem, który jak łatwo się domyślić, był moim ojcem.
- Cześć, synku! Urosłeś! - zdawało mi się, że dorośli mówią „urosłeś”, kiedy nie
mają co powiedzieć, ale odkąd ostatnio widziałem tatę, faktycznie mogłem
urosnąć. Myślałem co powiedzieć. Pewnie wyglądałem jak kołek stojąc tak
i patrząc w walizkę taty. Niby zwykła walizka, a jednak...
W czarnej walizce coś się świeciło. Nie było to złoto, ani żadna błyskotka dla
mamy, która za tydzień miała wrócić z delegacji. Był to zegarek. Zegarek na rękę.
- Tato, a co to? - „musiałeś to powiedzieć?!” Powiedziałem w myślach sam do
siebie.
- To?
- Tak, to - widziałem wyraźne zakłopotanie na twarzy taty, więc postanowiłem
kontynuować. - No ten zegarek.
- Eeeee... To, na co wygląda! - wymówił wreszcie. Teraz był jeszcze bardziej
zakłopotany. To nie mogło być to! Tacie płynął pot po czole. Coś się działo. Coś,
o czym dwunastolatek nie powinien wiedzieć.

Wieczorem przy biurku (kiedy mi się nudzi, siedzę przy biurku) myślałem,
czy ten zegarek nie jest moim prezentem urodzinowym. W końcu jutro miałem
urodziny. Jednak coś podpowiadało mi, że to nieprawda. Przecież mój tato był
głównym doradcą prezydenta, więc zarabiał dużo pieniędzy. Jak go znam, pewnie
wymyśliłby coś bardziej oryginalnego. Na szóste urodziny dostałem domek na
drzewie. I to nie taki zwykły domek na drzewie! To była raczej willa na drzewie
wielkości kuchni połączonej z salonem. W porównaniu z tym domkiem, zegarek
(nawet najbardziej kosztowny) nie byłby na tyle oryginalny, żeby chciał kupić mi
go tato. Oczywiście zegarek zdecydowanie by mnie zadowolił, ale to nie byłoby
w jego stylu.
Rano, kiedy się obudziłem, tato jeszcze spał. Jak zawsze poszedłem do łazienki,
później popatrzyłem przez okno. Było cicho, poczułem się dziwnie, jakbym
spadał w otchłań. Słyszałem dźwięki lecących helikopterów i syren karetek, albo
samochodów policyjnych. Nagle zobaczyłem wybuch. Bałem się. Zobaczyłem
sylwetkę dziewczyny, wyciągnęła rękę i powiedziała: „Wstań, nie poddamy się
teraz! Dasz radę Patryku”. Obudziłem się.

Stałem dalej przy oknie, jakby nic się nie zmieniło. Nie miałem pojęcia, co się
działo.Dziś są moje urodziny. Myślałem tylko o tajemniczym zegarku taty, który
nie był zwykłym zegarkiem. Leżałem w łóżku, przekonany, że jest dopiero
ranek. Nagle poczułem dotyk, a potem lekkie szarpnięcie za ramię.
- Patryku! Wstawaj, jest pierwsza!
- Co? Pierwsza?
- Jedziesz dziś na obóz, lepiej się pospiesz!
Na szczęście z nudów spakowałem się tydzień temu, więc wrzuciłem tylko
kapcie, szczoteczkę, pastę do zębów i oczywiście komórkę.
- Podwieziesz mnie do szkoły? - zapytałem.
- A nie na lotnisko? - odparł tato.
- Na lotnisko jedziemy ze szkoły.
Tato wyniósł moje bagaże do samochodu. W pośpiechu się ubierałem.
Otworzyłem walizkę taty i wyciągnąłem błyszczący przedmiot.Chciałem
nacisnąć zielony guzik. Byłem przygotowany chyba na wszystko: na lasery, na
pistolety i na jakąś inną broń... Usłyszałem kroki. Wrzuciłem zegarek do
kieszeni w bluzie i zacząłem ubierać kurtkę.

- Wróciłem! Ubieraj się! - powiedział tato.
- Dobra! - odparłem, po czym zacząłem się ubierać.
Dopiero w szkole przypomniało mi się, że mam urodziny i to przez to, że
mój kolega powiedział wszystkim o tym. Czułem się trochę niezręcznie, kiedy
cała klasa śpiewała mi „sto lat”.
W samolocie siedziałem sam. Miejsce obok mnie było puste. Pomyślałem,
że obejrzę zegarek, ale właśnie w tej chwili obok mnie usiadła jakaś dziewczyna.
Popatrzyła mi w oczy. W jej niebieskich oczach zobaczyłem błysk, a wtedy jakby
stanął czas, jakby wszystko przestało się ruszać, dawać jakiekolwiek znaki życia.
Znowu poczułem się dziwnie. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami.
Zobaczyłem miasto, nad nim jakby czarną dziurę, po czym znowu ciemność,
zegarek, tą właśnie dziewczynę i ten błysk.
- Cześć, jestem Ania, a ty?
Świat nagle powrócił do życia, jakby nic się nie stało.
- Eeeeee... Patryk…, jestem Patryk. Miło mi cię poznać – chciałem być
kulturalny.
- Z Nowego Jorku, a ty?

- Z Waszyngtonu. Zapomniałam zapytać, czy mogę się dosiąść.
- Jasne, że możesz..
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Ania była bardzo miłą, dobrze
wychowaną dziewczyną. Nagle zadzwonił mój telefon. Miałem dotykowy
telefon z niebieską obudową, który tato kupił mi ostatnio na imieniny.
Zadzwonił ktoś z numeru, który nie znajdował się na liście moich kontaktów.
Odebrałem.
- Halo? - zapytałem. - Halo!?
Nikt nie odpowiadał. Rozłączyłem się.
- Może tu nie ma zasięgu? - zapytała Ania.
- Sprawdzę... - odparłem i sprawdziłem. - Jest pięć kresek.
- To może pomyłka?
- Gdyby to była pomyłka, ktoś by się odezwał.
- Racja...
Byliśmy blisko celu – Włoch. To właśnie tam miał odbyć się nasz obóz.
Wiedziałem o nim tylko tyle, że mieliśmy dobrać się w pary i mieszkać w
małych domkach. Bardzo podobał mi się ten pomysł. Nagle z głośników

wydobył się głos:
- Za dziesięć minut lądujemy - to był pilot.
- Świetnie! Chcesz ze mną mieszkać w domku? - zapytała Ania.
- Jasne.
Dziesięć minut minęło nam bardzo szybko. Zabraliśmy bagaże i wyszliśmy
z samolotu.
- Ach, jak tu pięknie – powiedziała nasza wychowawczyni. –
Pamiętajcie, że nie jesteście tu sami, są tu też dzieci z innych krajów i z
różnych szkół, więc możecie się z nimi zaprzyjaźnić.
- A teraz niech wszyscy ustawią się parami – powiedziała dyrektorka
obozu.
- Chodź, Patryku! - krzyknęła Ania.
- Już! - odparłem, po czym pobiegłem w jej stronę.
Zupełnie zapomniałem o tym, co mam w kieszeni, o zegarku.
- Każda para za chwilę dostanie klucz z numerkiem. Numerek odpowiada temu
na drzwiach domku. Niech każdy z Was znajdzie swój domek i zostawi bagaże,
a potem przyjdzie tutaj na obiad – powiedziała dyrektorka.

- Chodźmy! - powiedziałem i pobiegłem w poszukiwaniu domku, a Ania pobiegła
za mną.
- Jaki mamy numer? - zapytała dziewczyna.
- Siedemnaście – odpowiedziałem.
- To tam ! – wskazała palcem i pobiegła w stronę domku z czerwonym dachem.
Weszliśmy do środka. Naszym oczom ukazał się mały pokój ze stolikiem, kanapą
i lodówką. Było tam też troje drzwi do innych pokoi. Zostawiliśmy walizki i
pobiegliśmy na obiad.
Zbliżał się wieczór, więc udaliśmy się do domku.
- W którym śpisz pokoju ? - zapytałem.
- Wszystko jedno, są takie same – stwierdziła Ania.
- Wybieram ten z lewej – rzekłem.
- Spoko.
W nocy miałem sen. Śniło mi się miasto. Biegłem przez wąskie uliczki. Nagle
zobaczyłem duży plac z pomnikiem, nad którym „wisiała” czarna dziura. Wiał
silny wiatr, poczułem ciepło, stawało się coraz goręcej… Otworzyłem oczy.

- Wstawaj! Pali się! - krzyknęła Ania .
Zorientowałem się, że wybuchł pożar. Jednym ruchem ręki zabrałem zegarek
i pobiegłem za Anią.
- Przez okno! - zawołała – Skaczmy!
Nad ziemią latały helikoptery i oświetlały ośrodek.
- To helikoptery straży pożarnej? - zapytała Ania.
- Nie jestem pewien – zwątpiłem.
- Chodź, pokażemy się im!
Wyszliśmy na plac zabaw i wtedy z czarnego helikoptera wysunęła się linowa
drabinka. Wspięliśmy się po niej.
- Gdzie jest zegarek? - zapytał mężczyzna w czarnym garniturze i okularach.
- Jaki… - przypomniało mi się, że mam zegarek w kieszeni. – Czego pan chce?
- Oddaj mi go, to nie będziecie mieli kłopotów .
- To wy spaliliście obóz – nagle mnie oświeciło.
- Dawaj zegarek! – warknął facet.
- Nie wiem o co wam chodzi, przyjechałem na obóz – odpowiedziałem nie
wiedząc, co dalej robić.

- Więc, oddasz zegarek dobrowolnie, czy nie ? - zapytał.
Popatrzyłem przez okno. Pod nami było morze, niedaleko przepływał
olbrzymi statek turystyczny. Wyjąłem zegarek z kieszeni i krzyknąłem:
- Weź go sobie! - wyrzuciłem zegarek przez okno. W tej właśnie chwili tuż
pod nami znajdował się statek. Szarpnąłem Anię za rękę i wyskoczyliśmy.
Chwila lotu i znaleźliśmy się w zimnej, morskiej wodzie.
Wszystko działo się tak szybko, że zanim się zorientowaliśmy, byliśmy już
na pokładzie statku.
- Jest! - krzyknąłem i ignorując wszystkich zdziwionych pasażerów statku,
pobiegłem w stronę zegarka . - Jest! Jest! Jest!
- O co właściwie chodzi z tym zegarkiem? - zapytała Ania.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że nie jestem tu sam. Opowiedziałem jej o
wszystkim.
- Czyli nie wiesz, co to tak naprawdę jest? - zapytała.
- No... Nie – odparłem.
You've previewed 11 of 18 pages.
To read more:
Click Sign Up (Free)- Full access to our public library
- Save favorite books
- Interact with authors

- < BEGINNING
- END >
-
DOWNLOAD
-
LIKE(1)
-
COMMENT()
-
SHARE
-
SAVE
- DOWNLOAD
- LIKE (1)
- COMMENT ()
- SHARE
- SAVE
- Report
-
LIKE(1)
-
COMMENT()
-
SHARE
- Excessive Violence
- Harassment
- Offensive Pictures
- Spelling & Grammar Errors
- Unfinished
- Other Problem

COMMENTS
Click 'X' to report any negative comments. Thanks!